Wings for Life World Run – bieganie z całym światem

Zdecydowanie zbyt wiele czasu upłynęło od ostatniego wpisu. Byłem wówczas w trakcie przygotowań do półmaratonu, a to już przecież historia. Moja strona na Facebooku i Instagram są nieco bardziej na bieżąco, ale i tutaj się zmobilizuję 🙂 Zaległości w pisaniu też postaram się nadrobić, ale dzisiaj kilka słów na gorąco. Wings for Life World Run 2017.
Wings for Life World Run - ukończone

Wings for Life World Run – a cóż to?

Wings for Life World Run to impreza jedyna w swoim rodzaju. Na całym świecie tysiące ludzi startują w tym samym momencie. Jedni w środku nocy, inny w południe, ale wszyscy razem. Startują i biegną do… no właśnie – nie do mety. Mety przed zawodnikami nie widać, bo oni uciekają przed metą. Pół godziny po zawodnikach startuje samochód pościgowy, kogo złapie ten odpada. Wygrywa ten, kto zostanie złapany jako ostatni. Brzmi fajnie, prawda?

Plany a rzeczywistość

Gdzieś tam w planach na sezon 2017 brałem pod uwagę udział w tym biegu. Polska edycja odbywa się w Poznaniu, więc dojazd w miarę łatwy. Pomyślałem, że warto spróbować. Niestety – koszty i logistyka sprawiły, że ostatecznie nic z tego nie wyszło. Zapomniałem jednak o jednym szczególe. W Wings for Life World Run można wziąć udział wirtualnie, z dowolnego miejsca na świecie. Co prawda to z pewnością nie to samo, co być tam na miejscu, ale jeśli to jedyna możliwość, to czemu nie…
Wings for Life World Run - moja trasa

Rejestracja, aplikacja i można biec

Jak to zwykle u mnie, z realizacją planów różnie bywa. Na 90% byłem zdecydowany dopiero w przeddzień biegu. Zainstalowałem aplikację, poinformowałem rodzinkę. Od korzystania z aplikacji w trakcie treningu/ wyścigu trochę się już odzwyczaiłem. Odkąd pomaga m Garmin, aplikacje dostają jeść dopiero po aktywności. Tutaj aplikacja jest niezbędna. I to jedna dedykowana, która pokazuje, kiedy start i gdzie jest samochód pościgowy. Odnotowuje “złapanie” i przekazuje wynik do oficjalnej listy. I zapewnia odsłuch relacji komentatorów, co podnosi atrakcyjność samotnego biegania. Rodzinkę zaś warto poinformować z odpowiednim wyprzedzeniem, aby nie było zaskoczenia 🙂

Biec czy nie biec

Sobota była nieco deszczowa, niedziela zaczęła się podobnie. Pogoda nieco wredna, ale po śniadaniu byłem zdecydowany pobiec nawet w deszczu. Trochę się nakręciłem. Jeszcze tylko akcja “Wykąpać psa” i można się szykować do biegu. Jeden żel w kieszeń, telefon na ramię, woda została z braku większej kieszeni. Jeszcze tylko złapać sygnał GPS Garminem, co trochę czasem czasu zajmuje i można biec. Aplikacja startuje równo z biegaczami z całego świata, zatem ruszam i ja.

Oj nie trenowało się ostatnio

W początku nie szło najlepiej, nogi nieco zastane, kilka razy zatrzymywałem się dla sprawdzenia aplikacji, doszły światła po drodze. Spodziewałem się, że zabawa skończy się przed upływem godziny i nie przebiegnę nawet 10 km. Trasa powstawała na bieżąco. Zacząłem od rundy wzdłuż trasy S8, czego skutkiem było zmaganie z mordewindem przez kilka kilometrów. Jakoś jednak udało mi się rozruszać i kolejne kilometry przewijały się bez specjalnego wysiłku. Na kolejnym nawrocie sprawdziłem przewagę nad wirtualnym samochodem i starałem się przyspieszyć. Nie robiłem wcześniej żadnych kalkulacji możliwego dystansu i tempa, więc spodziewałem się nadal być złapanym w okolicach “dychy”. Tymczasem okazało się, że ciągle mam jeszcze kilkanaście minut przewagi. Powtórzyłem kawałek pierwszego okrążenia, ochrzaniłem jakiegoś dresiarza, że wyrzucił butelkę po piwie na trawnik (nieco wzrosło po tym moje tempo i tętno), i zacząłem improwizować. Najpierw testowanie nowego asfaltu na nowopowstałej uliczce, potem błotnisty odcinek nad kanałkiem, zamknięcie pętli wkoło osiedla. Minąłem 12 km i ciągle miałem kilka minut zapasu, za 13. zacząłem trochę słabnąć. Zostałem złapany na 14,69 km i szczęśliwym trafem do domu miałem może 200 metrów (gdyby nie zamknięta furtka i konieczność obejścia dookoła 🙁 )Wings for Life World Run - złapany

A może by tak za rok

Muszę przyznać, że świetnie się bawiłem. Nie było to odliczanie kilometrów do mety, była radość, że można pobiec jeszcze kawałek. Jeśli się uda, za rok chcę tam być na żywo 🙂
Ten bieg dał mi też trochę energii i zapału do treningów, który ostatnio miał się kiepsko. A już 13. maja kolejne wyzwanie – Bieg Łosia. Będzie się działo 🙂