O wyższości żeglarstwa nad bieganiem, czyli przemyślenia na treningu w wietrzny wieczór

Kursy jachtu względem wiatru
Grafika z zeglarz-jachtowy.pl

Żeglarstwo nierozerwalnie jest związane z wiatrem. Bieganie zdecydowanie mniej, mnie jednak udało się doszukać cech, które można porównać. Łatwiej jest biegać, kiedy wiatr wieje nam w plecy. Jeśli wieje delikatnie, praktycznie takiego wiatru nie odczuwamy albo odczuwamy go słabiej, niż wieje on w rzeczywistości. Biegnie się lekko i przyjemnie. Na wodzie jest podobnie. Gdy wieje z tyłu – płyniemy baksztagiem lub fordewindem – płyniemy szybko, nie musimy zbytnio walczyć z żywiołem (fordewind szczególnie sprzyja relaksowi i opalaniu).

Po wiatr już nie tak łatwo

O ile z wiatrem w plecy żeglarz i biegacz mogą podać sobie ręce, o tyle wiatr wiejący z innych kierunków jest już inaczej postrzegany. W półwiatrach pływa się żwawo, na pokładzie nie ma nudy, ważne jest balastowanie, ustawienie żagli, zaczyna się walka z przyrodą, aby boczny wiatr przekształcić w ruch do przodu. Biegacz żagla nie posiada i boczny wiatr potrafi już przeszkadzać, jeśli jest zbyt mocny. Nie pomaga, do przodu nie popycha, za to próbuje zepchnąć z trasy. Ale w gorący dzień lekki wiaterek bywa nawet przyjemny.

Bajdewind i (w)mordewind

Biegacz za tym towarzystwem nie przepada. Pożytek z nich marny, a uprzykrzyć życie chłopaki potrafią. Gdy jedną część treningu biegniemy z wiatrem, to z reguły drugą będziemy mieli pod wiatr. I po co to komu? Człowiek się bardziej zmęczy, miał trzymać tempo, ale trzymając bardziej się zmęczy niż to plan zakładał. A taki żeglarz? Frajdę ma, przechyły są, walka z wiatrem, halsowanie, sól żeglarstwa po prostu. Z jednym wyjątkiem. Gdy trafi się wiatr prosto w pysk, to z żeglowania nici. Biegacz będzie klął i narzekał, ale do przodu ruszy, żeglarz musi zmienić kurs. A skoro już o kursie mowa, taki żeglarz ma z reguły większą swobodę, jak mu wiatr nie pasuje, to zmieni sobie kurs, tu wysokości nabierze, tam wróci na korzystnym wietrze. A biegacz bidula? Drogą biegnie, z jednej pole, z drugiej też, albo inne samochody. Dystans na trening przewidziany, wyścig biegnie określoną trasą, no nie da się kursu zmienić. Odlicza więc kroki do zakrętu, do budynku, do lasu, do nawrotki i to tyle. Cóż może więcej?

Lepsze nic niż taka flauta

Cisza na wodzie oznacza przymusowy postój. Żagle wiszą, słońce grzeje (lub nie), płynąć się nie da. Żeglarz flauty nie lubi. Żeby chociaż malutki podmuch, który można troskliwie złapać w żagiel. Ale żeby tak całkiem cicho? Plan dotarcia gdzieś wali się w gruzy, z nudów można pokład wyszorować, spiec się na raka, albo obiad ugotować, jeśli jest z czego. Albo chowamy żeglarską dumę do kieszeni i lecimy na silniku (a jak strefa ciszy, to wiosła w dłoń). A co u biegacza. No narzekać nie można. Cała trasa w podobnych warunkach, nic nie pomaga, ale i nic nie przeszkadza. W upał trochę czasami ciężko, ale jak się biegnie, to i tak jakiś podmuch się wytworzy. Krótko mówiąc neutralne warunki do nabijania kilometrów.

Trening w wietrzny i mokry wieczór

Podczas wtorkowego treningu miałem dużo czasu na przemyślenia, stąd te zdania powyżej. Udało się przeczekać deszcz, wiatr nieco przesuszył chodniki i trening zapowiadał się całkiem przyjemnie. Co prawda zanim mój stary Garmin złapał pozycję odrobinę mnie przewiało, ale co tam. Początek całkiem przyjemny, baksztag przeplatany fordewindem, tempo wyszło trochę zbyt szybkie, ale bez przełożenia na zmęczenie. 2 kilometry i seria ćwiczeń (taki plan treningu), później miało być szybsze tempo i nawet przez chwilę takie było. Do zmiany kierunku. Przenikliwy wiatr w twarz, tempo nagle przestało być szybsze, chęć do biegania szybko się ulotniła i zaczęła się udręka. Ja chyba po prostu tak mam, że jak biegnę to od początku do końca. Jak już się zatrzymam, to potem ciężko wrócić do dobrego rytmu. Głowa oczywiście zaczęła kombinować, że może jednak coś by skrócić, może pobiec w drugą stronę, a tak w ogóle to mi się nie chce i wracam do domu. Skutkiem tego była walka o każdy kilometr, jak halsowanie w bajdewindzie. Łapiesz wiatr i jest przez chwilę fajnie, ale zaraz wiatr się zmienia, spóźniasz zwrot, łapiesz kąt martwy i klapa. No to ze mną tak samo, chwila biegu, chwila spaceru, znowu się zbierałem w sobie i znowu kawałek w biegu. Minąłem jedną kładkę skracającą trasę, potem po długich metrach kolejną, by wreszcie dotrzeć do kolejnej zawrotki. Ale zniechęcenie było już tak duże, że nawet relaksujący fordewind regulowany przez ekrany dźwiękochłonne nie wrócił mi energii. I tak z przerwami zrobiłem 10,9 zamiast 12,8 i wróciłem do domu zły jak osa. Środa wolna (dalej wieje), a w czwartek będą interwały więc myślę, że mimo zniechęcenia do wiatru jakoś przejdą. I kto by pomyślał, że najłatwiej mi będą przychodzić długie wybiegania 🙂
trening pod wiatr