Niedziela po zmianie czasu. Czy coś się zmieniło?

Niedziela po zmianie czasu. Czy coś się zmieniło?

Pierwszy dzień czasu letniego…

Przez ostatnie lata (2014-2018) ten dzień zaczynał się bardzo podobnie. Dość wczesne wstawanie, lekkie śniadanie, obawa, czy czegoś nie zapomniałem, a potem mniej lub bardziej przyspieszone przemieszczanie się w kierunku startu PZU Półmaratonu Warszawskiego. 5 przebieganych zim, wzloty i upadki, chwile zniechęcenia, potem walka na trasie (głównie z samym sobą), ból, zniechęcenie, łapanie drugich oddechów, euforia na mecie. Potem przychodził odpoczynek od biegania, szukanie w internecie zdjęć z trasy, przeliczanie, analizy i plany na przyszły rok.

W tym roku miało być podobnie. Kiedy w zeszłym roku okazało się, że pamiątkowy medal za 5 startów można otrzymać tylko razem z pakietem startowym na start nr 6, wydawało mi się oczywiste, że ten szósty start nastąpi. Chociaż zaraz za metą miałem serdecznie dosyć tej imprezy i półmaratonu jako takiego również. Byłem zniechęcony i zdemotywowany, bo pomimo mocno przepracowanej zimy znowu trochę zabrakło do upragnionego wyniku – 1:59:59. Znowu przegrała głowa, gdzieś na trasie nieco odjechał wynik, przyszło zniechęcenie i zaczęły się problemy. To nic, że poprawiłem życiówkę, zadowolony nie byłem.

Czy warto wracać i znowu to ciągnąć?

W sumie nie wiem, czy to pytanie bardziej pasuje do mojego uprawiania sportu, czy do mojego prowadzenia bloga. Nie pokazałem nowego wpisu od maja 2017, więc przez prawie 2 lata na tej stronie nic się nie działo. Było co prawda kilka prób napisania czegoś, ale na próbach i zaczynaniu znów od nowa się kończyło. Podobnie było ze sportem. Zeszły rok to 3 starty MTB, półmaraton i 10 km i 1/3 triathlonu. I to właśnie ta 1/3 była najważniejsza i sprawiła największą radość.

40 km wielkiego świata

Praca w wielkiej firmie czasem się przydaje. Miałem dzięki temu możliwość wystartować na IronMan 5150 Warsaw – imprezie światowego formatu. Dla mnie samego rzecz zupełnie niedostępna i to nie tylko z uwagi na koszt wpisowego. 5150 Warsaw to 1,5 km pływania, 40 km roweru i 10 km biegu. Jak powszechnie wiadomo, do pływania potrzebuję żaglówki lub chociaż kajaka, wpław to tylko płytki basen i własny styl zwany rozpaczliwcem.

Najbardziej wariacki start w całej mojej sportowej historii

Wiedziałem, że moja firma jest jednym ze sponsorów 510 Warsaw, wiedziałem o wystawianych drużynach, nawet wiedziałem, że będą sztafety i nawet wyraziłem chęć udziału. Czas jednak płynął, byłem sobie na jakiejś liście rezerwowej, nikt się nie odzywał, a ja się obijałem. Zapisałem Królewnę na IronKids dużo wcześniej, bieg dla dzieci w jej wieku to było 200 m po bulwarach wiślanych, do tego koszulka, medal na mecie i wielka radość plus duma taty z dzielnej córki.

W środę lub czwartek przed imprezą (start w niedzielę) dostałem maila, że posypały się składy sztafet i potrzebny jest biegacz i kolarz. Biorę kolarza! I tu zaczynają się schody. To w końcu triathlon, poważna impreza, jeździ się po szosie i na szosie. W regulaminie sztafet co prawda dopuszczają możliwość startu choćby na MTB, ale… trochę wstyd.

Bez roweru, bez kondycji, ale zdeterminowany…

Kilka telefonów i udało mi się pożyczyć rower, następnego dnia go odebrać, treningu na nim miałem tyle, co przyjechałem na nim do domu i przejechałem się jeszcze kawałek niedaleko domu. W sobotę po południu rower musiał być zdeponowany w strefie zmian nad Zegrzem, a że Królewna startowała w sobotę, więc na dłuższą jazdę nie było już czasu. Odebrałem tylko pakiet startowy, przeczytałem regulamin i wszystkie jego zawiłości i wieczorem w bagażniku samochodu odstawiłem sprzęt na miejsce. Widok kilkuset rowerów za grubą kasę złożonych w jednym miejscu robił wrażenie, a u mnie poziom adrenaliny rósł z każdą minutą. Kontrola sprzętu przed wstawieniem do strefy zmian, obowiązkowy kask na głowie podczas przebywania w strefie, wszystko inne, nowe i światowe.

Niedziela po zmianie czasu - wspomnienie 5150 Warsaw - strefa zmian
Maszyna wstawiona do strefy zmian

Wielki dzień walki, radości i chwały

Niedzielny poranek po szybka pobudka, taksówka na koszt IronMana pod Centrum Nauki Kopernik, stamtąd niemiłosiernie zapchany Shuttle Bus nad Zegrze, na miejscu ostatnia kontrola sprzętu, przebranie się, depozyt, banan, baton, nerwówka. Obejrzeliśmy start pływaków i trzeba było wracać do rowerów i czekać. Nie wiedziałem nawet, na kogo czekam, nie miałem okazji poznać reszty mojej sztafety. Zabrakło czasu.

Z pełnej gotowości i nerwach czekałem przy rowerze obserwując pierwszych zawodników wbiegających do strefy. Najpierw najszybsi startujący indywidualnie, więc w strefie spędzali nieco czasu, potem zaczęli się pojawiać pierwsi sztafeciarze. Tu zmiana była szybsza, przekazanie chipa i kolarz wybiegał ze strefy z rowerem. Przewinęło się kilkanaście osób, gdy nagle usłyszałem jak krzyczą mój numer. Sekundę później mokry gość rzucił mi chip, który zapiąłem na nodze i… ruszyłem. Linia granicy strefy zmian, za nią staram się w miarę zgrabnie wskoczyć w biegu na rower.

40 kilometrów asfaltu…

Nawet nie wyszło zbyt pokracznie. Zaczynam kręcić, ale pilnuję się, aby nie łapać się na koło wyprzedzającego zawodnika – w końcu drafting zakazany. Świadomość, że jestem w czołówce – trafił mi się bardzo szybki pływak – powoduje, że trochę za ostro przejechałem pierwsze kilometry. Potem to się zemści. Walczyłem dokąd się dało, ale na ostatnich kilometrach – już na Wisłostradzie – zabrakło paliwa i była już tylko walka o dotarcie do mety. I znowu strefa zmian, więc stres, żeby nie spaść z roweru przy zsiadaniu przed linią i wykrzesać jeszcze z siebie siły na przebiegnięcie kilku kroków na miękkich nogach. Zmiennika znowu nie znam, nikt nie wziął za swojego kolarza w stroju drużyny MyBike.pl. W końcu udało się i moja rola zakończona. Masaż, jedzenie, picie, pełen luksus. Okazało się później, że moja sztafeta zrobiła całkiem niezły wynik, a mój przejazd był mocno słabszy. Ale radość i duma z udziału w imprezie niesamowita…

Niedziela po zmianie czasu - wspomnienie po 5150 Warsaw
Jak zejść z roweru przed strefą zmian i nie zaliczyć gleby…

Marazm i bezczynność, ale tylko sportowa

Po IronManie niewiele już zdziałałem, ostatni raz na rowerze siedziałem jakoś pod koniec lipca, potem były jeszcze jakieś małe przebieżki. Nie było żadnego celu na horyzoncie, nie było więc motywacji do treningu. We wrześniu udało mi się przetrwać Bieg Dzika, ale czas przemilczmy. Na zamknięcie sezonu Poland Bike pojechałem już tylko jako fotograf.

Niedziela po zmianie czasu - Bieg Dzika praktycznie bez przygotowania...
Dobra mina do złej gry. Bieg zaliczony, ale o wyniku nie rozmawiajmy…

Zima…

I tyle. Ale cóż można dodać? Nie było walki z zimnem i ciemnością, nie było biegania w śnieżycy i przy trzaskającym mrozie. Było wieczorne stukanie w klawiaturę przy gorącej herbacie i przeklinanie, gdy waga pokazała więcej, niż bym chciał. Kilka razy mówiłem sobie, że ruszę się z miejsca, ale zawsze była jakaś wymówka, a później już nawet bez wymówki. Nie idę i koniec 🙂

Niedziela po zmianie czasu

Ta niedziela po zmianie czasu była dość leniwa. Dzieciaki za długo nie dały pospać, ale narzekać nie mogę. Jak co niedzielę usmażyłem górę naleśników (dzięki temu poniedziałkowe śniadanie mam z głowy), potem rodzinny spacer, wyszykowanie roweru Królewny do nauki jazdy i pierwsza przejażdżka. Obiad, trochę zabawy, spacer z psem i dzień zleciał. Z dala od tłumu biegaczy, od rozpędzonego peletonu Poland Bike (dlaczego inauguracja sezonu z reguły kłoci się z półmaratonem?)

Co dalej??

Nie powiem, mam z głowie kilka planów, jedne zależą ode mnie, inne nie tylko ode mnie. Trochę mnie już nosi, za oknem robi się ciepło, dni coraz dłuższe. Chyba dosyć się już wyobijałem, trzeba się znowu wziąć za siebie. Kolejny raz zacząć od nowa.

Niewątpliwie czasu jest mniej. Poranna procedura startowa, czyli wyprawianie córek do żłobka i przedszkola zajmuje jeszcze zbyt dużo czasu, albo zbyt późno ją zaczynam. Wieczorem staram się nie włączać komputera, zanim nie zasną.

Nowa pasja, nowe wyzwanie

Mam na tapecie nowy projekt, z którym związany jestem od samego początku. Pochłania nieco czasu, ale daje satysfakcję. To Gościńce Kanału Elbląskiego i Jezioraka – inicjatywa grupy mazurskich przedsiębiorców, którzy chcą pokazać światu niedoceniane piękno Krainy Kanału Elbląskiego. Dla mnie to zupełnie coś nowego, Instagram, Facebook, wymyślanie sposobów na promocję, hasła reklamowe, hashtagi i inne jakże skomplikowane słowa. Ale za tym wszystkim stoją ludzie z pasją, piękna przyroda i miejsca, w których naprawdę można wyłączyć się z codziennego pędu i odpocząć. Tylko to już materiał na osobny wpis – już niedługo…

Niedziela po zmianie czasu - Gościńce Kanału Elbląskiego i Jezioraka
Close Menu