Jesienne bieganie w Krainie Dyni – Bieg po Dynię

Bieg po dynię

Co ze sobą zrobić po sezonie?

Sezon startów rowerowych już się dla mnie zakończył. Wawerski finał Poland Bike był ostatnim zaplanowanym w tym roku wyścigiem. Miałem jeszcze ochotę na jeden start spoza oficjalnego kalendarza drużyny, czyli finał Mazovii w Piasecznie. Na ochocie się jednak skończyło i ostatecznie nie wystartowałem.

Rower stoi sobie zatem w piwnicy, podczas gdy ja zająłem się codzienną działalnością pozasportową. Pogoda też mnie ostatnio nie zachęcała do założenia kasku, można więc powiedzieć – roztrenowanie na całego. Gdzieś tylko w głowie kołatał się zalążek pomysłu na zimowe bieganie, ale nie zwracałem na niego zbytnio uwagi.

#rusztyłek

Na początku października rzucił mi się w oczy wpis na Facebooku. W Wieliszewie organizują doroczny Bieg po Dynię. Dystans 5 km, wpisowe 30 zł, koszulka, medal i coś do jedzenia w zestawie. Do tego limit zawodników 300 osób, czyli na duży tłok się nie zanosi. Kilka minut po przeczytaniu wpisu byłem już zapisany, na wszelki jeszcze wypadek bez wpłaty. Zatem ruszamy tyłek z kanapy i zaczynamy biegać.

Pobiegać to ja zawsze zdążę

Rozleniwienie łatwo przychodzi, ale trudniej się go pozbyć. Przygotowania do wyścigu zacząłem… 2 dni przed startem. Wcześniej były plany, deszcz padał, wybrałem się na ściankę wspinaczkową (fakt godny osobnego wpisu). Start w sobotę 16. października, więc w poprzedzający czwartek poszedłem biegać. Późny wieczór, temperatura niezbyt wysoka, ale przynajmniej bez deszczu. Stwierdziłem w swej naiwności, że 5 km to nie dystans, więc można z marszu sprawdzić kondycję. Wystarczyło jej na 3 km w tempie ok. 5:30/km potem już było ciężko. Skończyłem w niecałe 29 minut zlany potem, ale nawet zadowolony z siebie. Jeszcze coś tam sobie pobiegnę w piątek, w sobotę będzie startowa adrenalina, więc będzie dobrze…

Jak żyć… i zawiązać buty?

W piątek dopadły mnie potężne zakwasy, zejście po schodach to wyczyn, założenie butów Królewnie – prawie mission impossible. I po co Ci to było? Truchcik emerycki było sobie zrobić… Dynia przez chwilę wyglądała na nieosiągalną.

Najlepsza metoda na zakwasy to dobra rozgrzewka… podobno. U mnie albo to nie działa, albo była za słaba. 3 km i tak planowałem w piątek przebiec (miało być w dzień, ale nie wyszło), więc przebiegłem. Tempo spokojne, już bez napinania się i ścigania z samym sobą. Zakwasy jak były, tak były. Widać tak musiało być. Jakoś przetruchtam.

Jak to? Ja nie zdążę?

Przez cały czas od zapisania się, żyłem w przeświadczeniu, że start jest o 9:30. W piątek doczytałem, że to godzina otwarcia biura zawodów. Start w samo południe, więc wszystko można rano zrobić na spokojnie. Spacer z psem, śniadanie z rodzinką, jeszcze ciuchy skompletować, jeszcze coś tam. Biuro zawodów czynne do 11:30, a o 10:44 ja jeszcze w domu. Tyle, że biuro zawodów w Lesznowoli, czyli 35 km do przejechania. Chyba zaczynam się spieszyć.

Spoko, 11:20 na miejscu, parkowanie gdzieś pośrodku wsi, biegiem do szkoły (biura). Jeszcze był czas w kolejce postać, wrócić do auta, numer przyczepić, pozwiedzać. Czyli wrócił spokój. Szkoda tylko, że nie zniknęły zakwasy. Delikatna rozgrzewka, nawet jakieś przysiady mi się udało zrobić i trzeba na start. Ludzi faktycznie nie było dużo, co prawda przed głównym startem odbywały się jeszcze biegi dla dzieci i młodzieży, ale wszyscy zebrani razem to i tak kameralna impreza. Gdyby jeszcze tylko jakieś słoneczko i bez mroźnego wiatru…

Bieg po dynię


Stanąłem sobie w pierwszych szeregach ze świadomością, że zaraz zostanę masowo wyprzedzony. Trudno, ktoś musi. Strzał z pistoletu, start na Garminie i do przodu. Pierwsze 200 metrów to runda dookoła stadionu, zdecydowanie zbyt szybko przebiegnięta. Moja psychika jednak nie chciała być masowo wyprzedzana. Wybiegałem ze stadionu z tętnem 170 i świadomością, że będzie ciężko. Pierwszy kilometr w 4:52 to nie jest tempo, które jestem w stanie utrzymać. Zwolniłem nieco i starałem się ustabilizować oddech. Nogi były trochę sztywne, ale przynajmniej nie bolały.

Lesznowola nie ma wysokiej zabudowy, drzew za dużo w okolicy trasy też nie było. W związku z tym wiatr dawał się mocno we znaki i nawet chowanie się za plecami innych (na kole?) niewiele pomagało. Na szczęście przez pewien czas wiało w plecy, ale tak zwykle bywa na rundach dookoła wsi.

Byłem nawet zaskoczony, że udaje mi się trzymać w miarę stałe tempo, dodatkowo od 3. kilometra mogłem w końcu się za kimś schować, bo akurat wiało centralnie w twarz. Może starczy sił na jakiś szybszy finisz? 4 km – pętla zamknięta, ten kawałek już widziałem, byle do zawrotki. Jeszcze nie przyspieszam, jeszcze nie, zostało z 300 metrów. No dobra, ogień. Ostatnia prosta, stadion, jeszcze 100 metrów, jeszcze 50, czy dogonię człowieka z labradorem? Nie dogoniłem. Ale dobiegłem, nogi się pode mną ugięły akurat do medalu, woda w garść i gleba. Leżę i dyszę, powoli dochodzę do siebie. W sumie nie jest źle. Można iść coś zjeść. Za chwilę przychodzi sms w wynikiem: 26:42 127. miejsce open.

Zupa, zakupy i do domu

Zupa w szkolnej stołówce, obchód kiermaszy z różnymi rzeczami i można wracać do domu. Prezenty dla moich dziewczyn, ziemniaki, warzywa, miód i oczywiście dynia. W końcu Bieg po dynię, więc dynia musi być, taka nieduża – 13 kg. Pakuję wszystko do samochodu i uciekam do rodzinki. To były chyba najszybsze zawody w mojej wyczynowej historii.

W domu okazało się, że Garmin trochę inaczej zmierzył dystans i na 5 km wyszło 26:08, zatem prawie życiówka. Trasa certyfikatu nie miała, więc chyba mogę ufać Garminowi. Tętno zmierzone na finiszu 200, czyli strefy treningowe chyba muszę przeliczyć na nowo. Jak się uda, za rok też tu startuję, tylko poproszę mini dynię do pakietu startowego, może być dodatkiem do medalu.