Nieznośna lekkość… roweru, czyli Procaliber 9.8 w Wawrze

Powrót na ziemię, przygotowanie do Finału

Podczas poprzedniego maratonu – w Konstancinie – miałem okazję posmakować jazdy na 29-calowych kołach. To nie była jednak trasa typowa dla Poland Bike Marathon, więc nie zdążyłem sprawdzić wszystkich zalet dużego koła. Teraz – przed ostatnim tegorocznym etapem cyklu w warszawskim Wawrze – planowałem pojechać krótki dystans. Szykowałem moją wierną Meridę mając świadomość, że niejeden raz zakopię się w piasku i trochę pobiegam pod górkę.

Niespodzianka od MyBike.pl

Niespodziewanie jednak dostałem propozycję startu na rowerze testowym sklepu MyBike.pl. Takich propozycji się nie odrzuca, zatem w piątkowe popołudnie popędziłem na Mokotów. Tam czekał już na mnie Trek Procaliber 9.8 – jeden z najwyższych modeli Treka na 2016 rok. Rzucający się w oczy błękit ramy i ta lekkość. Pierwsze wrażenie jest podobno najważniejsze i tutaj zdecydowanie punkt po stronie Treka.

Trochę techniki i…

Kiedy już dowiedziałem się, jak zdjąć przednie koło (sztywna oś to dla mnie nowość) i delikatnie zawiozłem maszynę do domu, nacieszyłem wzrok i ochłonąłem, musiałem go przetestować. W piątkowy wieczór niestety czasu wystarczyło już tylko na godzinną rundę po asfalcie z kilkoma podjazdami. Czasu zdecydowanie za mało, akurat na opanowanie napędu 1×11 i przyzwyczajenie się do nieco innej pozycji w czasie jazdy. Start następnego dnia, a musiałem się jeszcze wyspać.

W drogę na start

Następnego dnia tradycyjne pakowanie gratów i w drogę. Udało mi się dotrzeć na tyle wcześnie, że wystarczyło jeszcze czasu na krótkie rozeznanie trasy. Już pierwszy odcinek pokazał, że być może piasek nie będzie tym razem taki straszny. Niedawny deszcz sprawił, że nawierzchnia była bardziej zbita i lepiej przejezdna. Dodatkowo zauważyłem, że Procaliber dobrze radzi sobie z takim podłożem. Ale najlepsze było dopiero przede mną.

Przemyślenia sektorowe

Jak zwykle przed startem zastanawiałem się, który dystans wybrać. Wiedziałem, że będzie dużo trudniej niż w Konstancinie. Nie wiedziałem, jak Trek będzie się prowadził w terenie, zwłaszcza że testowy egzemplarz miał ramę w rozmiarze 17,5 cala, czyli jak na mój wzrost o 2 cale za małą. Z drugiej strony miałem niepowtarzalną szansę przejechać słynną wawerską trasę na jednym w najlepszych tegorocznych rowerów. Ostateczną decyzję odłożyłem na 12 kilometr, czyli rozjazd dystansów.

Przed startem każdego sektora Bogdan zawsze wymienia kilka osób, które z niego startują. Tym razem wyczytał moich kolegów z MyBike.pl i mnie. Miło usłyszeć swoje nazwisko w takiej sytuacji. A moment po prezentacji – START!! Asfaltowy początek – kilkaset metrów po jezdni – i w las. Startowałem prawie w końca 6. sektora, więc starałem się jak najwięcej wyprzedzać, co jednak w zwartej, dużej grupie nie było łatwe pomimo szerokich leśnych ścieżek. Szansa pojawiła się na pierwszym piaszczystym odcinku, gdzie udało mi się wcisnąć w wąski przesmyk między innymi zawodnikami a stertą drewna. Obawiałem się trochę utraty kontroli, ale nic takiego nie nastąpiło. Rower po prostu przejechał po piasku. Podobnie było na kolejnych piaszczystych niespodziankach. Oczywiście zdarzały się mniejsze lub większe ucieczki kół na boki, ale wszystkie można było opanować. To pozwoliło mi uniknąć spowolnień w kilku bardziej piaszczystych miejscach.

Jak dobrze nam… podjeżdżać z siodła

Napęd 1×11 bardzo dobrze sprawdzał się na podjazdach. Przednia zębatka 32T i kaseta 10-42 dawały wystarczający zakres przełożeń, żeby podjechać praktycznie wszystko. W dwóch lub trzech miejscach zabrakło mi kilku obrotów pedałami, a bardziej techniki i przyzwyczajenia do roweru. W jednym świadomie zrezygnowałem z podjazdu nie czując się na siłach.

Wawerska trasa była dość trudna i to chyba nie tylko moja opinia. Dużo się działo – pofałdowany teren, kręte ścieżki między drzewami (tutaj przydała się trochę zbyt mała rama – rower był dzięki temu bardziej zwrotny), zjazdy po wystających korzeniach. Do tego bardzo malownicze odcinki nad brzegami Świdra i Mieni, aż chciało się czasem zatrzymać i zrobić zdjęcie. Na rozglądanie się i podziwianie widoków było jednak mało czasu – trasa biegła często na krawędzi urwiska i chwila nieuwagi mogła zakończyć się przymusową kąpielą.

Rower sam nie pojedzie, gdy kondycji brak

W połowie dystansu był moment na odpoczynek od trudnego terenu. Długa prosta po twardej nawierzchni aż zachęcała do dużych prędkości. Niestety zmęczenie dało już znać o sobie, a dodatkowo Procaliber nie jest demonem prędkości. Blat 32T i 10 zębów z tyłu powodują, że nie jest to raczej rower dla amatorów długich prostych. No chyba, że ktoś jeździ na wysokiej kadencji.

Po kilku dość monotonnych kilometrach powrót na leśne ścieżki i znowu Trek w swoim żywiole. Bardzo żałowałem, że nie jestem już w stanie pojechać szybciej. Czułem już przejechane 30 km i świadomość, że zostało ich jeszcze 20 do mety nie poprawiała mi nastroju. Do tego znowu przez dużą część dystansu jechałem sam. Nie ma się jednak czemu dziwić – z 6. sektora tylko 8 osób poza mną zdecydowało się na dłuższą trasę.

35. kilometr to pożegnanie z pięknym widokiem na rzekę. Ale pożegnanie w mocnym akcentem w postaci wąskiej kładki zawieszonej nad wodą. Mój lęk wysokości dał znać o sobie, więc przeprawę pokonałem ostrożnie i powoli. Na szczęście rower mogłem bez problemu przenieść w jednej ręce drugą trzymając się prowizorycznej poręczy.

Za kładką chwila relaksu na prostych odcinkach i znów zmiana na leśne, kręte ścieżki. Mimo zmęczenia mogę się jeszcze dobrze bawić na zjazdach i pokonywać podjazdy bez większych problemów. W końcu spotykam ludzi, najpierw dwóch zawodników zmieniających dętki, potem poobijanego po upadku kolegę z zespołu i jeszcze jednego zawodnika widocznie bardziej zmęczonego ode mnie. Z tym ostatnim jechałem przez dłuższą chwilę, ale potem udało mi się zebrać jeszcze trochę energii na wyprzedzenie go i ostatnie 2 kilometry do mety pokonałem w niezłym tempie (lubię długie proste pod koniec). Jeszcze tylko ostatni zakręt i meta. 104. miejsce w kategorii M3 i 195. w Open. Trasa pokonana w 2:35:06, a na liczniku 48 kilometrów.

Zmęczony, ale zadowolony

Wynik osiągnięty w Wawrze na pewno nie jest rewelacyjny, ale jestem zadowolony z tego startu. W końcu zwiedziłem najpiękniejsze odcinki trasy, zaliczyłem słynną kładkę, dzięki świetnemu sprzętowi mogłem po prostu cieszyć się jazdą, nie kląć na każdym piaszczystym odcinku i mocniejszym podjeździe.

Na mecie Procaliber wzbudził zainteresowanie kilku osób. Spędziłem trochę czasu odpowiadając na pytania o wrażenia z jazdy, osprzęt i cenę tego cacka. Błękitna rama z pewnością rzucała się w oczy, a ja mogłem przez chwilę poczuć się jak gwiazda…

Z reguły po wyboistych etapach mój tyłek boleśnie daje znać o sobie. Tym razem nie mogłem narzekać. Pewnie spora w tym zasługa systemu IsoSpeed, który sprawia, że rura podsiodłowa może nieznacznie się uginać pochłaniając wstrząsy. Podszedłem do tego rozwiązania dość sceptycznie, ale okazało się zaskakująco skuteczne.

Procaliber 9.8 – Ach, cóż to był za rower

Trek Procaliber 9.8
I to już w zasadzie koniec mojego testu na Procaliber 9.8. O ile można to nazwać testem. Łącznie niecałe 80 km, ale za to prawie 50 w warunkach bojowych. Niestety na więcej nie starczyło czasu. Rower lekki, piękny i drogi. Świetny na trasy XC, nie straszne mu strome podjazdy i piasek, korzenie i kręte single to jego żywioł. Trochę gorzej radzi sobie na szybkich prostych odcinkach, dołożenie drugiego większego blatu i przedniej przerzutki mogłoby mu trochę pomóc, ale wtedy nie ważyłby już 10,3 kg. To może chociaż większy blat.
Odrobinę zbyt lekko chodziła manetka odpowiedzialna za blokadę skoku amortyzatora. Umiejscowiona jest tam, gdzie zwykle manetka od przedniej przerzutki i wystarczy lekko trącić ją palcem, żeby przestawić jej położenie.
Zbyt mała rama nie była problemem, czego obawiałem się na początku. Na ciasnych zakrętach między drzewami rower szedł jak po sznurku. Mimo namiastki tylnego zawieszenia, czyli IsoSpeed nie było problemu ze sztywnością ramy, a dodatkowo ten system znacząco poprawił komfort jazdy po nierównym terenie.

Reasumując, rower kosmiczny za kosmiczne pieniądze. Rzucający się w oczy błękitem ramy, zadziwiający lekkością. Czy chciałbym taki rower? Nie wiem. Chyba to trochę za wysoka półka na moje skromne umiejętności. Nie miałem okazji sprawdzić większego rozmiaru ramy, więc mam niepełny obraz, ale gdyby ktoś mi taki rower sprezentował, to bym na nim jeździł, choć po drobnych modyfikacjach osprzętu. A fabryczne wyposażenie i dobrą cenę można znaleźć tutaj