fbpx

Bieganie z głową, a może raczej głową…

Nie jestem zapalonym biegaczem i raczej nim nie zostanę. Jak na razie nie działa u mnie często powtarzane stwierdzenie, że bieganie wchodzi w nawyk i po jakimś czasie nie można się bez niego obyć. Owszem – miewam takie dni, kiedy mnie nosi, kiedy potrzebuję zużyć nieco nagromadzonej energii, również tej negatywnej. Biegając można się szybciej zmęczyć, niż jeżdżąc na rowerze. Szybkie 5 km to niecałe pół godziny, a samopoczucie już jest inne. Aby osiągnąć to samo na rowerze, potrzebny jest dłuższy dystans, więcej czasu, trzeba wyciągnąć rower z piwnicy itd. itp.

Jednak poza tymi przypadkami wyjście na trening to długa często walka z samym sobą i własną niechęcią. Czasem niechęć wygrywa, czasem ja. W tym roku to ja częściej wychodziłem z tych starć zwycięsko. Co prawda było kilka przenosin treningów na kolejne dni, drobnych modyfikacji planu i różnych innych sposobów na oszukanie samego siebie.Wygląda na to, że w tym tygodniu dało znać o sobie zmęczenie materiału. Czwartkowe 12 km miało zaledwie 8 km, niedzielna 18-tka ledwo 15. Może to kwestia braku muzyki, od której muszę się odzwyczajać. Z tym wiąże się również problem z utrzymaniem rytmu, do tej pory słyszanego w słuchawkach.

Nie pomogło ani wyposażenie spożywcze, ani dobre chęci. O ile rytm jako tako udało się znaleźć w połowie dystansu, to chęć do biegu skończyła się na 15-tym kilometrze i to ponad 2 km od domu.

Pocieszam się tylko, że na starcie będzie adrenalina, która już nie raz dodała mi skrzydeł. No i ostatecznie niedzielne tempo nie było jakieś najgorsze, jak spojrzeć całościowo. Średnie tempo 6 min./km to sporo za wolno, ale daje jeszcze nadzieję na dobry wynik. Trochę mnie martwi wysokie tętno, bo miewałem już nieco niższe przy podobnym obciążeniu. No nic – jeszcze jeden taki tydzień, potem lekkie wyciszenie, a potem to już tylko droga do mety…

Close Menu