fbpx

Tatą być…

Święta, święta i po świętach. A po świętach zamiast do pracy od wtorku, zostałem do końca tygodnia tatą na pełen etat. Córka w domu, zwolnienie lekarskie i co za tym idzie trochę wyzwań.
image

Oczywiście to nie pierwszy raz, kiedy zostajemy w domu na wspólnym gospodarstwie. Za każdym razem trafia się coś nowego. I za każdym razem jest coraz fajniej. Wspólne śniadania (wczoraj owsianka z bananami, dzisiaj jajecznica z kiełbasą) to sama radość. Nasze rozmowy przy stole (co prawda ja mówię zdecydowanie więcej, ale nikt tak doskonale nie słucha jak 15-miesięczna królewna), jej uważna obserwacja, czy z mojego talerza jedzenie znika w tym samym tempie, co z jej. To spojrzenie pt. tata pomóż, kiedy wręcza mi swoją łyżeczkę, aby zaraz po napełnieniu znowu ją przejąć. Czasem zawartość łyżeczki ląduje na podłodze, bo królewna nieco się zamyśliła, albo zbyt dużo nałożyła. Wtedy mamy dodatkowe atrakcje, gdy krzesełko do karmienia w magiczny sposób odsuwa się od stołu. Nie wiem dlaczego, ale zawsze sprawcą tego przemeblowania okazuje się czekoladowy labrador, który jeszcze kilka sekund temu chrapał donośnie na swoim fotelu. Labrador to dodatkowa atrakcja przy jedzeniu. Można mu rzucać jedzenie, albo karmić go z rączki. I jest wesoło.

Czasem wymyślamy sobie jakieś zabawy, czasem gramy w piłkę, czasem królewna zajmuje się swoimi garnkami, albo tańczy sobie po swojemu do muzyki z radia. Ale gdy tylko siadam na chwilę do komputera, zaraz przychodzi i wspina się na kolana, żeby poobserwować, ewentualnie wprowadzić korektę. I wczoraj nauczyłem się nowej rzeczy. Jeśli królewna budzi się po południowej drzemce i zostawisz ją na łóżeczku z gromadką misiów, to przez kilka minut zajmie się nimi, ale jeśli później przyraczkuje szybko i przerywa rozmowę na czacie naciskając Esc, to nie ma wtedy ważnych tematów i nie można królewny posadzić po prostu na podłodze. Wtedy królewna robi dużą podkówę i wybucha szlochem. Królewnę trzeba wtedy szybko przytulić, bo skoro przychodzi i dopomina się, to znaczy, że tego właśnie potrzebuje.

Dzisiaj z kolei pierwszy raz wybraliśmy się sami na kontrolę do pani doktor. Najpierw było nieco nerwowo, bo czasu mało, a jajecznicę trzeba przecież skończyć. Później mycie rączek, ząbków, ubieranie, zapinanie pasów w foteliku, trochę korka po drodze, szukanie miejsca parkingowego, ubieranie szaliczka i czapki, spacer do parkometru, spacer z kwitkiem, rejestracja wizyty i ufff, zdążyliśmy idealnie na czas. Badanie to niestety trochę płaczu, a tu mamy w pobliżu nie ma. Ale daliśmy radę, nawet pomachaliśmy na pożegnanie. Potem znowu ubieranie, szaliczka i czapki, spacer do auta, zapinanie pasów, zdejmowanie szaliczka i czapki, podziwianie świata po drodze, trzeba zapytać – Ktoto? gdy tata skończył rozmawiać przez telefon. Po powrocie telefon z pracy, że pomoc potrzebna. Niby kilka minut na telefonie to niedużo, ale spokojnie wystarczyło, żeby metodycznie opróżnić sztuka po sztuce duże pudełko chusteczek. A jaka radość przy tym była. Potem banan, biszkopt i kaszanka (taki zestaw lunchowy), pilnowanie, żeby piesek nie pchał nosa, gdzie nie powinien, potem mycie rączek i można iść spać.
Zasypianie to oddzielna historia, dzisiaj poszło dość szybko. A teraz królewna już wstaje więc koniec pisania
Cdn.

Close Menu