fbpx

Poland Bike Marathon Nowy Dwór Mazowiecki – wiało jak na lotnisku

Tydzień minął nawet nie wiem kiedy, a wraz z niedzielą nadszedł kolejny start w kalendarzu. Tym razem  – Poland Bike Marathon w Nowym Dworze Mazowieckim. Nie było mnie tu trzy lata, a poprzedniego startu nie wspominam zbyt miło.

Start z ostatniego sektora ma to do siebie, że nie można spaść do niższego. Tak więc już początek był optymistyczny. Do tego prognozy zapowiadały deszcz, a przywitało mnie słońce. Powietrze było dość hmmm… rześkie, więc spakowałem różne konfiguracje stroju, do decyzji już na miejscu. Ostatecznie stanęło na długim rękawie i krótkiej nogawce. Od parkingu miałem blisko na start, trochę czasu w rezerwie, starczyło go na krótkie rozruszanie, wizytę w biurze zawodów i zakupy. Wobec braku ulubionych i sprawdzonych żeli musiałem zdecydować się na eksperyment. Pozostawał jeszcze wybór dystansu. MAX kusił, gdyż był wyjątkowo krótki (48 km, potem podano, że 50, a ostatecznie wyszło pomiędzy), a dodatkowo poprowadzony po tej samej pętli, więc miałem możliwość oceny trasy podczas pierwszego okrążenia. Te argumenty plus wcześniej wspomniany ostatni sektor zaważyły, że zdecydowałem się na długi dystans. Pierwsze kółko jadę na spokojnie i na drugim się zobaczy.

Start nieco się opóźniał, ale w otoczeniu murów Twierdzy Modlin nawet nie było specjalnie chłodno, więc oczekiwanie nie przeszkadzało. Wreszcie ruszamy! No, zanim ruszył 10. sektor, trochę się zeszło, ale w końcu na trasie.

Twarda nawierzchnia na początku, zaraz potem trochę lasu, więc pierwsze korki gotowe. Wreszcie wyjazd na asfalt i rozciągnięcie stawki. Miałem jechać spokojnie, ale na tym etapie wożenie się na kole nie miało sensu. Trzeba wyprzedzać, póki jest siła i asfalt. Twierdza zostaje za plecami, za to pojawia się wiatr – ciągły, silny, jednostajny, bajdewind, czasem mordewind, byle przeszkadzać.

Znikąd pomocy, ludzie jakoś rozciągnięci, pojedynczo albo w małych grupkach. Wachlarza nie ma z kogo złożyć, nie ma się za kim schować, trzeba walczyć samemu, czasem tylko łapiąc na chwilę jakieś koło. Zmiana kierunku, za chwilę zjazd z asfaltu, kartoflisko jechane pod wiatr to niesamowita frajda. Do tego wąsko, więc wyprzedzanie utrudnione. W końcu oddalamy się od krajowej siódemki i… plaża. Na środku drogi, duża dosyć, robi się zator, najszybciej będzie pieszo. Potem zabudowania i znowu trochę pól. Trasa dosyć zróżnicowana, a najlepsze jeszcze przed nami. Póki co nie jest bardzo ciężko, ale też staram się nie eksploatować za bardzo, chociaż asfaltowe odcinki aż proszą o mocniejsze naciśnięcie na pedały. Gdyby nie wiatr, byłoby już całkiem komfortowo. Zmiana otoczenia – pojawia się las, a w nim kręte ścieżki i sporo piachu. Niestety wszechobecne śmieci sprawiają przygnębiające wrażenie. Nieco adrenaliny przynosi długi zjazd po asfalcie, ale powyżej 50 km/h czuję się nieco nieswojo. A za nim kolejny podjazd. I tak w górę i w dół aż do Twierdzy. Jeszcze tylko podjazd po bruku, potem runda wewnątrz murów i pora na decyzję. MINI czy MAX. Czuję niedosyt, więc MAX, chociaż do mety mogłem mieć tylko 300 metrów. Zaraz za rozjazdem pierwsza modyfikacja trasy. Zamiast asfaltu leśny odcinek po wysokim wale, strome podjazdy i podobne zjazdy, ciasno i momentami perspektywa zjazdu po zboczu w dół. A na koniec ściana w dół na plac pełen szkła. Taki urok terenów Twierdzy. Wreszcie powrót na znajomą trasę, zmaganie z wiatrem. Jadę prawie na końcu stawki, więc nie ma z kim jechać. A może jednak? Kilka kilometrów w dwie osoby, zmiany w walce z wiatrem bardzo się przydają. Staram się trzymać koło, ale i dawać zmiany. Nie mam wprawy, trzeba będzie poćwiczyć. Tempo podkręcone, wkrótce pojawia się kryzys i kończy się współpraca. Zostaję sam, uzupełniam kalorie i jadę dalej. Sił już nieco mniej a jeszcze czeka wisienka na torcie – Wajsgóra. Na pierwszej pętli objechaliśmy ją bokiem, ale teraz już na mnie czeka. Nie ma co marzyć o podjechaniu, wspinaczka na piechotę i… skurcze. Jakoś wczołguję się na górę, zaraz bufet, woda, żel i świadomość, że już niedaleko do mety. Jeszcze tylko jedna modyfikacja trasy, stromy zjazd i trawers po zboczu. Znowu zbliżam się do Twierdzy tym razem na dobre. Zmęczenie już daje o sobie znać, podjazd po bruku wydaje się dużo trudniejszy, a runda w Twierdzy trwa w nieskończoność. Ostatnie 300 m – jeszcze jeden nowy podjazd, zaraz za nim zjazd, bruk i meta. 2:35:54 228. miejsce w Open i 113. w kategorii. Awans do 8. sektora.

Start całkiem udany, chociaż został pewien niedosyt, można było miejscami docisnąć, ale nie wiedziałem, na ile starczy sił. Muszę jeszcze poćwiczyć długie dystanse.

PS. Duża porcja makaronu na mecie i kawa – siły wracają 🙂

Close Menu