Trenować, czy nie trenować, czyli rozterki leniwego kolarza

 

Dawno nic nie napisałem, jakoś tak wyszło. A byłem w Legionowie na Poland Bike Marathon i o tym warto wspomnieć. Blisko domu, fajna trasa, pogoda w miarę dopisała. Czego chcieć więcej? Może kondycji, żeby móc pojechać długi dystans. Tym razem było to około 67 km, więc stwierdziłem że jednak za dużo i pojechałem krótszy, a więc 34 km. Na luzie, bez kombinowania, szybko gdzie można i oszczędnie, gdzie się szybko nie dało. Dwie małe wywrotki bez większych strat w ludziach i sprzęcie to niestety efekt wyjścia z wprawy, czyli potwierdza się stara maksyma, że żeby jeździć, to trzeba jeździć.
Brak treningów między startami powoli staje się u mnie regułą. Brak planu treningowego zdecydowanie obniża możliwości mobilizacji.

Ostatnio tak się złożyło, że startuję co tydzień, a za metą po prostu pakuję rower do auta i zawijam się do domu. Sprzęt trafia do piwnicy i jakoś na jego umycie i smarowanie nie ma już sił. Mija tydzień i w sobotę akcja Rower, żeby był gotowy na niedzielę. A kiedy jeździć? No właśnie.
W tym tygodniu zrobiłem postępy, bo rower jest wyczyszczony już we czwartek przy okazji przymiarki fotelika dla Królewny. Jest więc szansa na kilka kilometrów przed niedzielą. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
A póki co, trzeba iść spać, bo zarwane nocki zdarzają mi się ostatnio zbyt często.