fbpx

Znowu się udało, czyli półmaraton ponownie zaliczony

image

Tak, trzeba tak powiedzieć. Udało mi się po raz trzeci przebiec półmaraton.


Jeszcze niedawno, gdyby ktoś mi powiedział, że jestem w stanie przebiec taki dystans w tempie 6:09/km, to bym się w głowę postukał. A teraz patrzę na ten wynik i czuję niedosyt. Może by się dało szybciej, planowałem, że będzie szybciej. Ale po kolei.
Poranek był nieco rześki, przez co nie bardzo wiedziałem, jak się ubrać. W końcu stanęło na krótkim rękawie i rękawkach z pakietu startowego. Chciałem mieć jak najlżej, więc żele w piterek w pasie (może kiedyś dorobię się takiego z bidonem i miejscem na żele), telefon w kieszeń na plecach (a nie, jednak na lewe ramię, bo mi kabel od słuchawek nie sięgnie), woda tylko w drodze na start, potem zostaje z depozycie. Po drodze okazało się, że zapomniałem rękawów, a rzeskość jakoś mimo wszystko nie zachęcała to pozbywania się garderoby. Zostawiłem sobie jeszcze koszulkę termiczną i buff na szyję (w razie czego przytrzyma trochę słuchawki). Numer przyczepiony, udało się zrobić to równo. Okleiłem się naklejkami Fundacji Dzieci Niczyje i byłem gotowy. Czasu do startu mało, więc mała rozgrzewka, wizyta na skwerku (toi toiki oblegane, kolejka na pół godziny), spacerek obok Sejmu i już jestem na miejscu. Ustawiam się za pacemakerami z napisem 2:00. Mam chytry plan, aby się ich trzymać przez większość dystansu i w miarę możliwości im uciec.
Do startu kilka minut, stoję w tłumie ludzi, trochę podskakuję, poziom adrenaliny wzrasta, a może to batonik zjedzony po drodze. O dziwo nie czuję się ociężały po lądowaniu węglami poprzedniego dnia, a sporo tego było.
Wreszcie start, wszystko przyspiesza… tylko nie moje otoczenie. Najpierw stoimy, potem kilka kroków i stóp. I tak kilka razy. Banner z napisem start jakoś nie chce się zbliżyć. Restartuję jeszcze endomondo, bo mam wrażenie, że coś nie działa i w końcu, po 11 minutach od wystrzału, ruszam na trasę. Staram się nie biec za szybko, prawie zawsze pierwszy kilometr mam za szybki. Niech sobie wyprzedzają, ale niech się potem nie pchają pod nogi, bo i tak jest ciasno. Mijamy palmę, Nowy Świat, zmiana nawierzchni na Krakowskim Przedmieściu, potem Królewska, Plac Piłsudskiego, Wierzbowa i Plac Teatralny. Tempo prawie jak zaplanowane, zadyszki nie ma, jest fajnie. Powrót na Trakt Królewski, Miodowa, Plac Krasińskich. Moi pacemakerzy zostali trochę za mną, ale trzymam swoje tempo, już widać banner na 5 km przy stadionie Polonii. Zaraz za nim pierwszy bufet. Jak zwykle ludzie pędzą do pierwszych stanowisk, które już dawno przetrzebione, robi się zamieszanie, ludzie zabiegają sobie drogę. Kubek wody udało się złapać, że trzy łyki wypić, biegnę dalej. Niby miał być żel co 5 km, ale tym razem nie biorę. Sobotnie ładowanie może coś zostawiło. Most Gdański, wiadukt i tu pierwszy podbieg, a zaraz potem z górki. Na bufecie chyba trochę straciłem rytm, bo dogonili mnie pacemakerzy. Może przyspieszyli. Póki co nie ma się co przejmować, ważne to nie dać im uciec. Tempo nadal jest fajne samopoczucie też. Drugi bufet pojawia się niespodziewanie (następnym razem dokładniej przeczytam mapkę), bo już na dziewiątym kilometrze. Sięgam szybko po żel – nie odbezpieczyłem tubki. Na szczęście to nie wyścig rowerowy, obie ręce mam wolne, żel, dwa łyki wody, slalom z przeszkodami wśród ludzi i można biec dalej. Niestety to znowu wytrącenie z rytmu, pacemakerzy trochę się oddalają, tętno nieco skacze, więc postanawiam odrobinę zwolnić. Za mną już Plac Hallera, brama Zoo, skręt w Okrzei i już widać Stadion Narodowy. Tętno niestety rośnie, pojawia się kryzys, pacemakerzy już daleko, nie wiem czy dam radę ich dogonić. Plan złamania dwóch godzin powoli przestaje być realny i niestety motywacja siada. Na Moście Świętokrzyskim jest już dramat, przestaję biec, tętno ponad 180, motywacja niestety została gdzieś po drodze. Najchętniej bym po prostu zatrzymał się i poszedł do domu. Gdyby nie pojawił się Rafał, może bym i tak zrobił. Ale kilka słów zachęty naprawdę potrafi pomóc. Ruszam powoli, w głowie dużo myśli, jednak przeważają te, jak bardzo mi się nie chce i jaki będę miał kiepski wynik. I tak praktycznie przez resztę dystansu, trochę biegiem, trochę idąc, Rafał na rowerze gdzieś krąży w pobliżu. Dobra i inne uliczki Powiśla, już widać bramę Łazienek. Częste zmiany tempa i szarpanie niestety kosztują więcej energii, trochę sztywnieją mi mięśnie. Zaraz za Łazienkami będzie ostatni bufet, a zaraz potem ściana Belwederskiej. Żel, magnez, na bufecie kubek wody. Belwederską częściowo pokonuję biegiem, częściowo spacerem (w wynikach mimo wszystko nie wygląda to jakoś tragicznie – 2:57 na dystansie 400 m). Wbiegam na Al. Ujazdowskie, do mety zostało 1,5 km. W drodze przez Łazienki wykalkulowałem, że może uda się zrobić chociaż 2:10:00. W sumie to też byłby niezły rezultat. Według zegarka powinienem zdążyć, ale dopada mnie jeszcze jeden kryzys. Muszę zwolnić do marszu, sił już niewiele zostało. Chyba trochę się odwodniłem i może przez to te wszystkie problemy. Znowu biegnę, patrzę na zegarek, mam jeszcze z 200 m, ale czasu mało, ostatni zryw i meta. Zatrzymuję stoper na 2:09:36. Tu się udało, ale jaki będzie oficjalny czas. Lekko chwiejnym krokiem trafiam w dziki tłum za metą. Myślę już tylko o tym, żeby się czegoś napić, a tu na razie nie zanosi się na to. Mijają długie minuty, dopiero docieram do medali, niestety nic więcej nie dali. Tłum krok za krokiem zakręca, mija kolejne stoły pełne pustych opakowań. W końcu udało mi się złapać butelkę wody, ulga niesamowita. Podchodzi do mnie jakaś kobieta i dziękuje mi, że #biegamdobrze. To miłe 🙂 Jeszcze tylko złapać izotonik, foliowy kubraczek i można szukać rodzinki w tłumie. Zadanie wykonane. Przychodzi sms z oficjalnym czasem. 2:09:36.

To był mój trzeci półmaraton. Pierwszym razem adrenalina trzymała mnie do samego końca, na ostatnich kilometrach przyspieszałem, by zakończyć niemalże sprintem i za metą zupełnie się rozkleić. Celem było pokonać dystans, czas – choć założony i nieosiągnięty – miał drugorzędne znaczenie. Rok później była próba poprawienia rezultatu, po słabszych przygotowaniach brakło sił na trasie i czas był trochę gorszy. W tym roku czułem się silny przed startem, początek dystansu w dobrym tempie, potem coś poszło nie tak. Odwodnienie? Zamieszanie na bufetach i wybicie z rytmu? Na pewno w pewnym momencie siadła motywacja, kiedy wiedziałem już, że nie będzie założonego rezultatu. Musiałem dopiero znaleźć sobie nowy cel do osiągnięcia. Bez dopingu może bym nie ukończył. Mam nad czym pracować, chyba wiem, co powinienem zmienić. Zaraz za metą myślałem, że następny raz będzie dopiero za rok. Ale teraz kombinuję, że może jednak jeszcze coś w tym roku. Zobaczymy co z tego wyjdzie. A tymczasem – trzeba w końcu siadać na rower. Sezon czeka, wyzwań w tym roku nie zabraknie. A poza tym moja królewna nie może przecież mieć taty, który się łatwo poddaje 🙂

Close Menu